Kablówka

Wydaje mi się, że był to ciepły, letni wieczór roku 1992. Wbiegłam do domu tylko po to, żeby zrobić siku i zaraz biec z powrotem na podwórko, do koleżanek. Ale zwróciło moją uwagę, że tata siedział na podłodze przed telewizorem, a za nim mama i chyba też i brat. Zatrzymałam się więc na chwilę, żeby sprawadzić skąd takie zainteresowanie czarnym pudłem a tata uśmiechnął się do mnie i powiedział, wskazując pilotem na telewizor:

– No, to teraz będziesz musiała się nauczyć niemieckiego!

Okazało się, że podłączono nam kablówkę i nagle mieliśmy dostęp do wielu niemieckojęzycznych kanałów. RTL, ProSieben, Sat1, 3Sat… Wtedy wydało mi się to nawet interesujące, ale nie ważniejsze niż siedzenie na podwórku z koleżankami, toteż najszybciej jak mogłam pobiegłam na dół, korzystać z ostatnich chwil słońca.

Następnego dnia trzeba jednak było sprawdzić o co tyle zachodu. Szybko okazało się, że najlepsze rzeczy były w telewizji rano. A to się dobrze składało, bo rano w wakacje, kiedy rodzice byli w pracy, siedzieliśmy z bratem sami w domu i mogliśmy robić, co nam się żywnie podobało. Dla mnie było to głównie oglądanie kreskówek, czytanie książek, rysowanie albo siedzenie na dworze z koleżankami. Z racji dzielącej nas różnicy wieku, brat (F.), wtedy już nastolatek wstawał dużo później niż ja. Lubiłam więc rano przechodzić do pustego łóżka rodziców i oglądać TV dopóki F. się nie obudził. Potem oglądaliśmy razem.

Po pierwsze były kreskówki. Znacie czołówkę Toma&Jerry’ego po niemiecku? Vielen Dank für die Blumen, Vielen Dank, wie lieb von dir… Nie brzmi znajomo? Nic straconego, zaraz Wam ją pokażę 😀

Toma i Jerrego oglądałam nałogowo. Kreskówka jest stara, zmieniali się rysownicy, było więc tak naprawdę kilka różnych Tomów. Miałam swoje ulubione style oraz te, których nie cierpiałam, ale oglądałam wszystko jak leciało. Nawet kiedy znałam już na pamięć wszystkie odcinki i nic mnie nie zaskakiwało.

Oprócz kreskówek oglądaliśmy też niemieckie teleturnieje. Naszym ulubionym był Der Preis is heiß z Harrym Wijnvoordem jako prowadzącym. Rozumieliśmy piąte przez dziesiąte, ale to nam w ogóle nie przeszkadzało. Można było zgadywać ile co kosztuje, a co jeszcze, lepsze, marzyć o takich wspaniałościach, które pokazywali. Momentem kulminacyjnym całego teleturnieju były magiczne słowa… Meine Damen un Herren… Das Rad!

Ależ to były emocje. A wiecie co było jeszcze lepsze od samego teleturnieju? Reklamy… Kto by teraz oglądał reklamy i na dodatek się nimi podniecał? No nikt. Ale na początku lat 90, na jednym z grudziądzkich osiedli, w bloku z wielkiej płyty, dwójka dzieciaków oglądała je z wypiekami na twarzy i marzyła o tym aby mieć najnowszy zestaw Lego, prawdziwą Barbie z firmy Mattel, pudełeczko Polly Pocket… Wszystko było jakieś inne, lepsze, bardziej kolorowe… U nas był brudny Społemowski supersam, do którego panie ekspedientki nie pozwalały nam wjeżdżać na wrotkach i do którego chodziło się sprzedawać butelki. Można sobie było potem kupić za to dropsy, albo mrożoną truskawkę homogenizowaną. To były czasy, w których wybór był tak mały, że pamiętam jak kiedyś po spacerze weszliśmy do sklepu, bo tata obiecał nam lody a ekspedientka zapytała:

– Z automatu czy na patyku?

Bo był jeden rodzaj lodów na patyku i tyle. I w ogóle sama idea loda na patyku była jakaś taka odlotowa.

Wracając do kablówki, to też przez nią, parę lat później, pochłonęła nas muzyka techno, hardcore i dance. Wszystko za sprawą, powstałej w 1993 roku, niemieckiej stacji muzycznej Viva.

W nocy nie było programów, po prostu leciała muzyka bez reklam. Nastawiało się więc video na nagrywanie o którejś tam w nocy a rano sprawdzało się, co się nagrało. Jaka była radość kiedy udało się nagrać w całości coś, na co akurat „polowaliśmy”. Potem F. przegrywał te nasze ulubione piosenki na kasetę magnetofonową i tym sposobem mieliśmy zawsze składanki Vivy na czasie. Jako okładka – biały, teksturowany papier z narysowanym przez F. logiem Vivy i listą wszystkich piosenek. Rednex, Technohead czy Blumchen to nie są kawałki, które mogłabym sobie teraz włączyć przy pracy ale już Dune i ich Hardcore Vibes, wspominam niejako z rozżewnieniem.

Nie ma co się wstydzić własnej przeszłości, kiedy człowiek ma 8-9 lat ma prawo mieć straszny gust 😉

 

Opublikował/a

Thirty-something, photog, sushi addict, cat mother, Happiness Engineer.

2 myśli w temacie “Kablówka

  1. Niemiecka czołówka Toma i Jerry’ego cudna 🙂 A Dune i Hardcore Vibes spokojnie wpasowują się w muzykę, jakiej czasem słuchają moje dzieci. Niezły mieliście gust 🙂 My nie mieliśmy kablówki, na dodatek u nas lepiej odbierała czeska telewizja, niż polska. Do tej pory całkiem dobrze radzę sobie z rozumieniem czeskiego i Czechów, wychowana na kreciku i czeskich serialach, a na dodatek Czesi mieli kanały, które emitowały „światową” muzykę – też nagrywałyśmy z siostrą, ale już bez przegrywania na kasety magnetofonowe, oglądałyśmy anglojęzyczne teledyski w kółko, próbując cokolwiek zrozumieć i zaśpiewać.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s