O książkach

Wczoraj był jeden z tych głupich dni, w które nici z wszystkich planów, bo budzisz się już zmęczona i cały dzień chcesz tylko leżeć. Ja się takim nic nie robieniem czasami bardzo stresuję, bo to przecież dzień wolny i tyle chciałam zrobić a tu dupa, cały wysiłek tylko po to, żeby nie zasnąć. W takie dni, jedyne co uwielbiam robić to czytać. Czytanie zawsze ratuje mnie z opersji.

Było to chyba na próbnej maturze z polskiego, przeczytałam temat i mało co się nie posikałam że szczęścia. Do napisania rozprawka marzenie „Czy książki czytamy po to, żeby się odnaleźć czy aby o sobie zapomnieć”.

Ocenę miałam obniżoną jak zwykle za błędy interpunkcyjne (wybaczcie, ale nadal nie ogarniam przecinków!), ale tym obniżeniem był, z tego co pamiętam, wielki minus przy piątce. Na samej maturze nie poszło mi aż tak dobrze, ale cóż, temat przecież już nie ten 😉

O książkach mogłabym wtedy pisać i pisać, mnożyć przykłady z obowiązkowych lektur i tych zamówionych ze Świata Książki. Świat Książki to była jedna z najfajniejszych subskrypcji do jakich się zapisaliśmy. Co miesiąc przy najmniej jedna nowa książka! Zawsze wyczekiwałam kiedy w skrzynce na listy znajdzie się nowy katalog. Czytałam wtedy co popadnie, próbowałam wszystkiego – kryminałów, powieści obyczajowych, biografii, romansów nawet, choć rzadko. Tylko science-fiction jakoś nigdy mnie nie interesowało.

Próbuję sobie przypomnieć skąd i kiedy wzięła się u mnie ta miłość do czytania, ale nie potrafię sobie na to pytanie odpowiedzieć. Kiedy byłam mała, często przed spaniem tata czytał mi bajki lub opowiadania dla dzieci. Mama też to robiła, chociaż z tatą to był już jakby nasz rytuał – szklanka mleka i książka. Mieliśmy taką starą pod tytułem Bajarka opowiada.

To zbiór opowiadań z różnych stron świata i najbardziej umiłowałam sobie opowiadanie o Malutkim Bebełe. Już samo imię Bebełe doprowadzało mnie do szaleńczego chichotu a i sama historia, czytana przez tatę, który udawał głosy wszystkich bohaterów bawiła mnie do łez. Aż tak, że zmuszałam go do czytania w kółko tej samej opowiastkim choć znałam ją już na pamięć.

Potem była Pchła Szachrajka, Pinokio, którego nigdy nie dokończyliśmy, bo strułam się czymś przeokropnie i bardzo źle mi się ta książka kojarzyła. Mama z kolei czytała mi Baśnie Andersena, jak Nowe Szaty Cesarza oraz wierszyki Brzechwy i Tuwima. Nie wiem czy znacie taki wiersz W aeroplanie, ale z racji tego, że wychowałam się w rodzinie z lotniczymi tradycjami ja po prostu oczyma wyobraźni widziałam tę babcię i kurkę w samolocie nad lotniskiem w Lisich Kątach 😀

Potem sama czytałam sobie książeczki z serii Poczytaj mi mamo i jeszcze inne opowiadania z różnych stron świata zebrane w książce Dlaczego woda jest słona. Głowy nie daję, za ten tytuł, bo nie mogę jej nigdzie znaleźć w internecie, ale były tam opowiadania i legendy z różnych krajów, na przykład o tym dlaczego małpy mają ogony 😀

Jeszcze później były Dzieci z Bullerbyn i Mania czy Ania, które mama przywiozła mi z jakiejś delegacji. Mała Księżniczka była jedną z pierwszych książek, których nie doczytałam do końca, bo na kilka stron przed, znałam już zakończenie i uznałam, że nie ma sensu kontynuować (doczytałam 20 lat później :P).

Mała ja czytająca jakiś komiks nad jeziorem.
jeśli jest coś do czytania, jest dobrze 😉
Mikołajki, 1997?

Zagalopowałam się znowu, co? Wróćmy więc do tej próbnej matury. Jaka była moja odpowiedź na pytanie? W wielkim skrócie: to zależy 😉 Uważam, że literatura jest wspaniałym sposobem na to, żeby zapomnieć o sobie i swoich problemach a zarazem, żeby się odnaleźć i w różnych momentach naszego życia szukamy jednego lub drugiego.

Mamy sztukę, żeby nie zabiła nas prawda.

Fredrich Nietzsche.

Moje momenty obsesyjnego czytania to prawie zawsze te, w których było mi źle. Kiedy rzeczywistość przytłaczała tak bardzo, że trzeba było z niej chwilami uciekać, żeby poczuć ulgę.

Chyba pierwszym przykładem jaki pamiętam była lektura Szatana z siódmej klasy. Ostatnie lata podstawówki były dla mnie dosyć ciężkie, popsuło się między mną a ówczesną przyjaciółką z klasy, a podwórku jakoś zawsze był ktoś przeciwko komuś i pamiętam dzień, w którym miałam już tak dosyć, że powiedziałam kolażankom, że idę do domu bo ktoś tam na mnie czeka. One nie wierzyły, ale ja szłam w zaparte i napomknęłam coś o jakimś kuzynie Adamie bo zwyczajnie czułam, że książkowi bohaterowie mają ze mną więcej wspólnego, niż koleżanki, które stały przede mną szyderczo się uśmiechając.

Znacznie później, kiedy chodziłam na kurs prawa jazdy, latem, tuż przed wyjazdem na Erasmusa i zaczęłam mieć stany lękowe, wieczorami ratował mnie Ojciec Chrzestny – nie, nie mój 😉 Nie wiem czy gdybym teraz przeczytała tę powieść podobałaby mi się tak samo, ale na tym to właśnie polega – na wszystko jest odpowiedni czas.

W tamtym okresie zachwyciłam się również Absolwentami i przez parę dni szukałam w internecie czy aby na pewno nikt nie zrobił z tego filmu i dlaczego. Teraz myślę, że może to i lepiej.

Kilka lat później, mieszkając już w Hiszpanii, przeczytałam jednym tchem całą serię Domu nad rozlewiskiem Kalicińskiej. To były pierwsze miesiące na Majorce, bez pracy, bez znajomych, jeszcze wtedy bez kotów za to z depresją. Był wtedy w Palmie polski sklep, w którym była również mała biblioteka. Dwa czy trzy regały pełne książek, które można było wypożyczyć zostawiając w zastaw 5€. Przeglądąłam grzbiety wszystkich książek, lustrowałam tytuły i okładki. Nie wiem co mnie skusiło, żeby zabrać do domu „Marią” przez Pacyfik, żeglarstwo nigdy nie było mi bliskie. A jednak książka pochłonęła mnie do tego stopnia, że kiedy skończyłam nie wiedziałam co z sobą robić. Chciałam więcej i nie wiedziałam skąd to „więcej” wziąć.

Ja czytająca książkę z kotem.
Czytanie w kocim towarzystwie to najlepsza rzecz na świecie. Tu czytam z Shivą (i jestem ruda). Majorka, 2014.

Są też książki, które czyta się dla czystej przyjemności a nie po to, żeby o czymś nie pamiętać lub czegoś się w nich doszukiwać. Czyta się wtedy bo samą przyjemnością są słowa na papierze. Trochę chyba jak słuchanie muzyki. Dla mnie takim odkryciem byli Chłopi Reymonta. Czytaliśmy jakiś fragment w liceum ale ani mnie to wtedy nie ziębiło ani nie parzyło. Jak wspomniałam, na wszystko jest w życiu czas.

Kiedy po latach zabrałam się za Chłopów dosłownie oniemiałam. Lipce jesienią mogłam sobie wyobrazić dosłownie tak, jakbym tam była. Dopiero wtedy doceniłam piękno języka jakim są napisane, zrozumiałam skąd ten Nobel, skąd tyle szumu wokół książki i doznałam czegoś w rodzaju hiraeth. Jeśli czasem chciałabym, żeby Gerardo nauczył się polskiego to na przykład po to, żeby móc przeczytać Chłopów w oryginale.

Pamiętam też jak nie mogłam się doczekać, żeby wrócić z pracy, tylko po to, żeby usiąść wygodnie na tarasie z kolejnym rodziałem Pieśni lodu i ognia. Gerardo był wtedy przez kilka miesięcy w Lipsku i kiedy, któreś przeczytało „za dużo” cieżko było trzymać język za zębami, żeby nie zepsuć efektu. A zwrotów akcji w tej serii nie brakuje 😛

Rozdział z Pieśni lodu i ognia.
Czerwiec 2013, Majorka

Jeśli mogę, staram się czytać w oryginale. Kiedyś, kiedy nie miałam wyboru, niewiele się nad tym zastanawiałam, ale teraz wiem jak ważna jest praca tłumacza. Bo, nawet jeśli znasz perfekcyjnie obcy język, to jeszcze wcale nie znaczy, że uda ci się przekazać w twoim ojczystym to, co chciał autor 😉 Pamiętam jak kiedyś zaczęłam czytać po polsku Emily Giffin. Już w drugim rozdziale, dwójka bohaterów zdała sobie sprawę, że zrobili coś strasznie głupiego i mają teraz przejebane. Według tłumacza facet powiedział wtedy „jesteśmy popierdoleni”. Ten tekst był tam tak bezsensu w tym kontekście, że poszukałam oryginału i, tak jak myślałam, czarno na białym było tam „we are so screwed”. Do tłumaczenia już nie wróciłam 😉

Lektura to coś, co zazwyczaj robimy w samotności, nawet jeśli wokół nas są ludzie, ale kilka lat temu zaczęliśmy sobie z Gerardo czytać na głos. Pierwsza była chyba Niekończąca się opowieść, której nie czytałam w dzieciństwie a Gerardo ją uwielbiał. Potem przerobiliśmy kilka pozycji Roalda Dahla a któregoś wieczoru zabraliśmy się za Białego kła. Przypomniałam sobie o tym następnego dnia w pracy, ale za cholerę nie pamiętałam detali ani tego gdzie skończyliśmy. Zdawało mi się, że przeczytaliśmy pierwszy rozdział, ale wydawał mi się bardzo krótki, bo właściwie nic się nie wydarzyło. W domu postanowiłam wybadać sprawę i zapytałam Gerardo dokąd dotarliśmy. Okazało się, że on owszem doczytał do końca ten pierwszy rozdział, tylko, że jedyne co ja pamiętam to zimowy krajobraz i jakieś wilki… Doszliśmy do wniosku, że zasnęłam gdzieś po drugiej stronie.
Teraz kiedy nie reaguję w miejscach, gdzie zazwyczaj bym to zrobiła Gerardo przezornie pyta „Śpisz?”.

Teraz czytamy razem, a czasem osobno, cykl Fillory i bardzo Wam tę serię polecam, jeśli macie poczucie humoru i nie gardzicie fantastyką. To powieść, która (zwłaszcza w późniejszych tomach) nie traktuje siebie zbyt poważnie, więc i Wy tego nie róbcie, jeśli zdecydujecie się ją przeczytać 🙂

Wspomniałam na początku, że zdarza mi się nie dokończyć książki. Tak naprawdę zdarza mi się to dużo częściej niż bym chciała. Czasami zaczynam i już po kilku strocnach wiem, że nic z tego nie będzie. Czasem zachłystuję się fabułą aby znudzić się formatem po kilkudziesięciu stronach. Taki właśnie przykry los spotkał Amerykańskich Bogów czy Dobry Omen. Być może po prostu nie nadszedł jeszcze ich czas, być może za kilka lat zachwycę się nimi na nowo.

Zastanawiałam się na początku postu, skąd we mnie ta miłość do książek. Właściwie to odpowiedź jest chyba banalna. W domu było przecież zawsze mnóstwo książek i nawet ja i mój brat Filip imiona mamy z książki. Wracam zatem do lektury, dajcie znać co Wam sprawia radość w czytaniu 🙂

Opublikował/a

Thirty-something, photog, cookie monster, cat mother, Happiness Engineer.

4 myśli w temacie “O książkach

  1. Ale cudowny post!!! ❤
    Uwielbiam czytać, też pochodzę z bardzo czytającej rodziny, w moim domu uwielbiamy rozmawiać o książkach, często się o nie kłócimy 😉 Zgadzam się z Tobą, że czytanie ma właściwości uspokająjące bądź wręcz terapeutyczne, choć ja mam tak, że jak jestem w wyjątkowo silnym, przewlekłym stresie, to nie mogę czytać, bo mam problem ze skupieniem uwagi (był taki okres, że przez pół roku nie mogłam czytać dłuższych tekstów ani książek…) W takich momentach moim eskapizmem są seriale. 🙂
    Też staram się czytać w oryginale, jeśli mogę i też mam bardzo krytyczne podejście do tłumaczeń, w sensie, nie potrafię pojąć, jakim cudem niektórym ludziom pozwala się to robić, i się to publikuje (ale z drugiej strony, też nie rozumiem dlaczego niektórym pisarzom ktoś wydaje książki- ja chyba po prostu nie muszę wszystkiego rozumieć 😉 ) Pomijam już ewidentne błędy wynikające z nierozumienia idiomów czy niektórych wyrażeń, tak jak Ty przytoczyłaś- a zdarza się to nagminnie. Ale mnie doprowadza do szału też taki brak językowej wrażliwości w języku ojczystym, w sensie, to kopiowanie dialogów 1:1, bez żadnej refleksji, że LUDZIE W POLSCE TAK NIE MÓWIĄ. Np. jednym z moich ulubionych zabiegów jest stosowanie WOŁACZA w dialogach współczesnych, kiedy ludzie się kłócą. Przysięgam Ci, że kiedyś czytałam książkę (tłumaczenie z angielskiego), w której para się kłociła, i koleś wykrzyczał do laski: "Pieprz się, KLAUDIO!" Bo przecież tak właśnie się kłocimy w Polsce, wołaczami, prawda? 😀
    Czytanie na głos też dobrze mi się kojarzy, czytali mi rodzice, gdy byłam mała, czytałam ja mojej siostrze… to jest bardzo fajne doświadczenie. 🙂
    A moim ostatnim literackim odkryciem jest Jakub Małecki… Jestem absolutnie zakochana, dawno nie natknęłam się na autora, który tak bardzo trafiałby w moją wrażliwość… I chyba tego rodzaju zakochania to jest to, co w czytaniu lubię najbardziej… 🙂

    Polubienie

    1. Hahaha „Pieprz się, Klaudio” mnie rozwaliło. To w Hiszpanii jest ten sam problem z dubbingiem właśnie. Tłumaczą (i tak mówią) jak żadni prawidziw ludzie nie rozmawiają 😛
      Jeśli chodzi o nienaturalne dialogi to też miałam taki problem ze starymi książkami kiedyś. Nie wiedziałam, czy kiedyś faktycznie ludzie tak ze sobą rozmawiali, ale że brzmiało mi tak nie naturalnie, nie mogłam przez to przebrnąć. Zdarzyło mi się to już jak byłam mała i zaczęłam „Awanturę o Basię” (chyba).
      W ogóle to ten post miał być dłuższy, ale wtedy nigdy bym nie skończyła. Może będzie druga część jeszcze 😀

      Polubienie

Odpowiedz na Klaudia Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s