Podróżować, podróżować, jest bosko!

Nie jest żadną tajemnicą, że pochodzę z Grudziądza. Od Jerez, Grudziądz dzieli mniej więcej 3,400 kilometrów. Są po drodze miasta, rzeki, góry, lasy – jestem pewna, że jest ich więcej niż siedem.

Jerez to chyba najdalej oddalone miejsce od Grudziądza w jakim byłam.

Najdalej na Północ, byłam w Edynburgu – ok. 2,200 km.

Najdalej na Wschód odwiedziłam Wilno – ledwie 550km.

Najdalej na Południe była Kreta – ponad 2,800km.

No a najdalej za Zachód właśnie Jerez, a może Kadyks – tu jest morze i koniec moich wojaży. I od jakiegoś czasu, siedzi mi w głowie piosenka, którą kiedyś bardzo lubiłam, a która zaczyna się słowami I’ve never been to the USA… Ja też nigdy nie byłam w Stanach. I słuchając tej piosenki przed laty marzyłam sobie, że jednak kiedyś tam będę. I must not give in… Pamiętam jak tuż przed maturą, z wypiekami na twarzy przeglądałam kolorowe broszury amerykańskich uniwersytetów i, chociaż wiedziałam, że nie mam szansy studiować w żadnym z nich, wyobrażałam sobie życie na kampusie jak z hollywoodzkich produkcji o grupie studentów.

Potem mi przeszło. Zwiedziłam trochę Europę i nie miałam już takiego cieśnienia na zamorskie podróże. No, może Kanada nadal jest na liście tych odległych miejsc, które bardzo chcę odwiedzić. Tak czy inaczej, jak pewnie wiecie jeśli mnie czytacie, od lipca pracuję dla amerykańskiej firmy. A ponieważ wszyscy pracujemy z domu, raz do roku Automattic organizuje nam wielkie firmowe spotkanie, które w tym roku odbędzie się dokładnie za:

GM.png

Oczywiście w chwili, gdy to piszę. Kiedy to czytasz, czas do zamorskiej podróży będzie jeszcze mniejszy. Otóż tym razem wybieram się, bagatela, ponad 8,000 km, za wielką wodę, do Hameryki.

Florida.png

Przeprowadzę Was przez plan podróży muzycznie. W sobotę skoro świt opuszczam Jerez, prowincję Kadyks, ba, Andaluzję nawet i udaję się do Madrytu.

Tam spotykam dwóch kumpli z pracy, których znam tylko interenetowo. Razem odprawiamy się u American Airlines na lot transatlantycki i zostawiamy Madryt w tyle, albo raczej w dole.

Po południu, z kieszeniami pełnymi marzeń, stawiam stopę na amerykańskiej ziemi i to w mieście nie byle jakim, a w Nowym Jorku, gdzie nic nie jest niemożliwe.

Czasu na zwiedzanie nie ma bo o 16, razem z moimi towarzyszami podróży oraz co najmniej sześcioma innymi znajomymi z pracy, których znam tylko wirtualnie, wsiadamy do kolejnego samolotu linii American Airlines i lecimy na Florydę.

Wieczorem wszyscy będziemy już w Orlando, w hotelu tuż przy resorcie Walt Disney World. Czeka nas zwariowany tydzień z grafikiem napiętym jak guma w spodniach po świątecznej kolacji. Praca, imprezy, warsztaty, flash talks, gry i przed wszystkim, poznawanie siebie nawzajem. Bardzo się cieszę, że w końcu będę miała okazję porozmawiać w cztery oczy z ludźmi, z którymi na codzień tylko czatuję.

Pewnie ciężko będzie po tygodniu znowu spakować walizkę, pożegnać sie na nie wiadomo ile i wsiąść do kolejnego samolotu. Tym razem jednak, nie wracamy przez Nowy Jork, zostajemy jeszcze przez chwilę na Florydzie i lecimy do Miami, ¡ay papi!.

Samolot do Madrytu wylatuje o 19, podróż trwa 8,5h ale że podróżuję nie tylko w przestrzeni, ale też i w czasie, wyląduję dopiero o poranku dnia następnego. I dopiero 3 godziny później (jestem optymistką i nie spodziewam się opóźnień) dotrę do domu. Dam Wam znać czy jetlag jest tak straszny, jakim go malują…

Opublikował/a

Thirty-something, photog, sushi addict, cat mother, Happiness Engineer.

11 myśli w temacie “Podróżować, podróżować, jest bosko!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s