O tym, że czasami lepiej nie powiedzieć nic.

Dotarło do mnie ostatnio, że otoczyliśmy się wspaniałymi ludźmi i, choć może nie jest ich dużo, to bardzo to cenię. W życiu jednak nie można dokonać selekcji wszystkich ludzi z którymi się stykamy, więc czasem pojawiają się wokół nas przypadkowe osoby, które nie mają z nami nic wspólnego.

Tak właśnie, w naszym życiu pojawiła się parę miesięcy temu Rosa, choć to nie jest jej prawdziwe imię. Rosa pracuje dla firmy sprzątającej i raz w tygodniu ogarnia nam dom. Bez niej byłby syf, jak zwykle, bo nie mamy chęci i energii, żeby raz na tydzień myć wszystkie łazienki, podłogi, meble… Cieszę się, że są ludzie, którzy chcą to robić za innych, i cieszę się, że w końcu mogę sobie na taki luksus pozwolić.

Doceniam ogromnie pomoc Rosy w domu, ale już zupełnie nie interesuje mnie jej pomoc w innych sferach mojego życia.

Rosa przychodzi do nas w środy o 9 kiedy ja zaczynam pracę. Jak pewnie pamiętacie pracuję z domu a moja praca, choć wygląda nieskomplikowanie, wymaga skupienia. Mam wrażenie, że Rosa tego jednak nie rozumie. Podejrzewam, że ma mnie za dziwaka, który cały dzień spędza przed komputerem i nie wychodzi z domu.

Ponieważ zawsze kiedy zaczyna sprzątać moje, nazwijmy to biuro, pyta sie mnie co robiliśmy w weekend i czy wychodziliśmy już „na miasto” w Arcos, naszym nowym mieście. Częściej zamawiamy jedzenie do domu bo oboje jesteśmy domatorami i zdecydowanie wolimy zjeść w spokoju, słuchając muzyki, którą sami wybraliśmy aniżeli siedzieć w zatłoczonym barze i słuchając flamenco popu albo reggeatonu. Wreszcie mieszkamy w miejscu, w którym czujemy się naprawdę swobodnie i mamy fantastyczny ogród, w którym miło spędza się czas czytając, robiąc zdjęcia, grając i bawiąc się z kotami. Ale, że nie miałam czasu ani ochoty opowiadać jak świetnie spędziliśmy sobotę leżąc na kocu, gapiąc się w niebo i gadając o pierdołach a wieczorem zamówiliśmy pizzę i oglądaliśmy seriale to po prostu odpowiedziałam, że nigdzie nie byliśmy, że nie specjalnie lubię wychodzić do barów. I tak zaczęła się dyskusja bo Rosa, choć ma ledwie 4 czy 5 lat więcej niż ja, poczuła się w obowiązku przekazać mi swoje życiowe mądrości na ten temat.

-Ale trzeba z domu wychodzić! Nie można ciągle tylko siedzieć przed komputerem!

Ten niewinny komentarz pomógł Rosie w budowaniu fatalnego obrazu mentalnego mnie. Wiecie pewnie dokąd to zmierza, szara mysz, która spędza całe dnie przed komputerem i nawet nie zamiecie podłogi! Gotować pewnie też nie umie. Dlatego przy innej okazji i standardowego pytania a’la babcia „co dziś masz na obiad”, nie pytana, zaczęła mi tłumaczyć jak zrobić zupę pomidorową.

Któregoś dnia zaproponowała, że możemy się gdzieś umowić gdzieś w mieście razem z jej koleżanką, która też jest Polką i podobno bardzo chciałaby mnie poznać. Wiecie przecież, że wspólna narodowość jest gwarancją sukcesu w nawiązywaniu znajomości. Próbowałam powiedzieć coś co nie zabrzmi jak twarda odmowa, i tak się złożyło, że pomyliłam dwa podobne hiszpańskie słowa (iść i przyjść – po Polsku nie byłoby różnicy, które z nich użyłabym w zdaniu) i Rosa natychmiast mnie poprawiła patrząc na mnie z miną profesorki. Normalnie, kiedy przyjaciele mnie poprawiają, jestem im za to wdzięczna. Czasem razem się śmiejemy bo powiedziałam coś głupiego niechcący. To takie naturalne. Ale jeśli poprawia cię ktoś, kogo widzisz drugi czy trzeci raz w życiu i nie masz z tą osobą żadnej głębszej relacji, to jest trochę słabe.

Na moje nieszczęście, Rosa widziała również moje zdjęcie w zielonych, półdługich włosach, więc kiedy mnie pierwszy raz zobaczyła, a było to kilka dni po tym kiedy ogoliłam głowę, nie omieszkała o to zapytać. Po czym, znowu nie proszona, powiedziała, że w długich włosach wyglądałam dużo lepiej i zdecydowanie nie powinnam ich już ścinać.

Ponieważ przy tak któtkich włosach, widać wyraźnie, że urosły, za każdym razem kiedy mnie widzi porusza ten temat i przypomina mi jak ładnie wyglądałam w długich. I że muszę teraz podciąć tył i boki.

Co środę Rosa od drzwi energicznie pyta jak się mamy. Tak się składa, że w jedną z tych śród nie mieliśmy się wcale dobrze. Słyszałam jak Gerardo wyjaśniał jej, że „ten kot, który nam zachorował w zeszłym tygodniu niestety zmarł” i że byliśmy z tego powodu dosyć przygnębieni.

-Ale chyba nie będziecie już brać kolejnego kota? – zapytała mnie później.
-Nie wiem, na razie pewnie nie. – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem, bo wiedziałam, że dla niej to był „tylko kot” i na cholerę nam kolejny.
-Nieee, trzy koty wystarczą! Dziecko lepiej by wam zrobiło.

Aha, więc wracamy do tematu. Para trzydziestoparolatków nie ma na co czekać. Posiadanie potomostwa jest kolejnym logicznym posunięciem i jedynym słysznym. Uśmiechnęłam się krzywo podczas gdy Rosa zaczęła zamiatać podłogę pod moim biurkiem i zachwalać uroki macierzyństwa. Dzieci są przecież takie słodkie, czy ja w ogóle nie mam instynktu macierzyńskiego?

I w tym dokładnie momencie trafił mnie szlag. Krew mi zabuzowała w głowie a że nie cierpię tego uczucia, pojawiła mi się w głowie niedparta chęć zakończenia ten rozmowy natychmiast. Najlepiej zakończenia tego tematu, nie pierwszy raz przecież przez Rosę poruszanego, raz na zawsze. I wtedy zrobiłam coś, czego jeszcze nigdy nie zrobiłam i co wydaje mi się teraz głupim posunięciem, ale było jednym jakie mi wtedy przyszło do głowy.

-Oczywiście, że mam instynkt macierzyński, ale przecież ja i tak nie mogę mieć dzieci. – Zawisły te słowa w powietrzu cieżkim choć wypełnionym świeżym zapachem płynu do mycia podłóg. Buzowało mi jeszcze w głowie z gniewu i z uczucia, że źle zrobiłam, ale było za późno, żeby to cofnąć. Pomyślałam, że przynajmniej da mi spokój.

-Aa… Można wiedzieć dlaczego? – zapytała, zupełnie nie wybita z rytmu. „Oczywiście, że możesz wiedzieć, jeśli tylko pomoże ci to spać w nocy”, pomyślałam wściekle.
-Przez problemy hormonalne – odpowiedziałam szybko i bez zastanowienia bo to akurat było prawdą.
-E, dla chcącego nic trudnego! – zawołała radośnie po czym zaczęła opowiadać o koleżance, która też nie mogła mieć dzieci, a jednak się udało.

Jezu, jaka ja jestem naiwna. Jak mogłam pomyśleć, że to ukróci temat. „Nie mierz innych swoją miarą” mówi przysłowie, choć używa się go w innym kontekście. Zmierzyłam Rosę niewłaściwą miarą. Gdybym ja była na jej miejscu, zapadłabym się pod ziemię ze wstydu i przeprosiła, że po raz kolejny poruszyłam temat. Ale Rosa nie jest mną. Rosa świergotała o swojej kolażance, która właśnie urządza pokój dziecięcy, podczas gdy ja próbowałam skupić się na pracy.

Zazwyczaj mam w dupie co mówią inni, ale tego dnia nie byłam ani w najlepszym nastroju ani w najlepszej kondycji psychicznej. Nie wkurzył mnie fakt, że dla Rosy Pieróg był tylko zwierzęciem, którego lepiej żebyśmy zastąpili słodkim różowolicym bobasem. Rozumiem, że nie wszyscy widzimy świat jednakowo i, że każdy żyje tak jak chce. Ale wkurwił mnie niemiłosiernie fakt, że Rosa nie potrafiła zachować tej opinii dla siebie.

Bo czasem lepiej nie powiedzieć nic. Możesz potem spotkać się ze znajomymi na piwie i opowiedzieć jakich masz świerniętych klientów, jeśli ci ulży, ale nie oferuj swoich życiowych porad, jeśli nikt cię o nie nie prosił.

Opublikował/a

Thirty-something, photog, cookie monster, cat mother, Happiness Engineer.

5 myśli w temacie “O tym, że czasami lepiej nie powiedzieć nic.

  1. To znaczy przede wszystkim muszę powiedzieć, że Ty po prostu jesteś ŚWIĘTA, bo ja nie wykluczam, że gdyby Rosa pracowała dla mnie, rozmawiałybyśmy o niej w czasie przeszłym 😉 POWIEDZMY, że dlatego, że zrezygnowałabym z jej usług! 😀
    Brak elementarnej empatii, brak jakiejkolwiek autorefleksji w połączeniu z zatrważającą głupotą- no mieszanka wybuchowa, nie oszukujmy się…
    Tak że tak, żywcem do nieba Cię powinni zrekrutować 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. Kurcze no ja mam czasem wątpliwości, ale wiadomo, opisalam tylko te sytuacje z dupy. Przez większość czasu z nią nie rozmawiam bo pracuję na piętrze a potem, jak przychodzi do gory to się scwaniłam i zakładam słuchawki. Ale nie wykluczam, że jak tak dalej pójdzie to coś trzeba będzie zmienić.
    Problem jest taki, że nie ma wielu firm, które oferują takie usługi, a nie chcieliśmy brać osoby prywatnej bo nie stać nas, żeby to zrobić legalnie a wiemy, że większość sprzątaczek pracuje na czarno. No, ale myśle o tym y myślę i może coś wymyślę.
    A znowu sprzątać samemu – uff, za duży dom.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s