O przeprowadzkach.

Wyliczyłam na szybko, że mieszkałam w 12 różnych domach. Zastanawiam się czy to dużo czy mało? Kiedy byłam mała marzyłam o tym, żebyśmy przeprowadzili się do domku jednorodzinnego – mielibyśmy wtedy ogródek i, kto wiem, może nawet i psa. Jeszcze później, chciałam mieszkać w Trójmieście, a potem zagranicą – im dalej na zachód, tym lepiej. Te dwa ostatnie mogę odhaczyć z listy dziecięcych marzeń a domek z ogródkiem być może odhaczę w styczniu 🙂

Poszukiwanie mieszkania do wynajęcia i przeprowadzki to naprawdę ciężka praca. Jedną z najcięższych była przeprowadzka z Majorki do Jerez po 5 latach gromadzenia szpargałów. Firmy transportowe chętnie pomagają przy przeprowadzkach do Madrytu lub Barcelony, ale do Andaluzji żadna się nie zapuszczała. Jeśli już oferowała taką trasę to cena była absurdalna. Skończyło się na tym, że sprzedaliśmy meble i rowery a resztę rzeczy wysłaliśmy do nowego domu w prawie 20 paczkach, drżąc na samą myśl o stanie w jakim dotrą gitary czy telewizor.

Paczki czekające na kuriera.

Koty były nie lada wyzwaniem. Zabranie ich w 8 godzinną podróż promem, a potem jeszcze dłuższą samochodem nie wchodziło w grę. Samolot był opcją szybszą i mniej stresującą. Pieróg drze się w niebogłowy podczas pięciominutowej jazdy do weterynarza, wiedzieliśmy więc, że będzie cieżko. Daliśmy mu coś na uspokojenie (równie dobrze moglibyśmy dać mu cukierka), zapakowaliśmy go do transporterka i pojechaliśmy na lotnisko. W drugim transporterku leciała Shiva, zwinięta w kłębek w samym rogu, udawała, że jej tam nie ma.

Shiva i jej pierwszy lot samolotem.

Ponieważ Gerardo z Pierogiem siedział z przodu a ja z Shivą z tyłu samolotu, przez cały lot czekałam kiedy pod siedzeniami przebiegnie Pieróg i jak go złapać, gdyby to się stało. Okazało się, że moje obawy nie były bezpodstawne, bo nasz mini tygrys, podczas lądowania, przegryzł plastikową kratę w transporterze i próbował uciec przez dziurę. Gerardo jakoś zdołał wcisnąć go z powrotem i owinął transporter kurtką, żeby uniemożliwić mu ucieczkę. Tak dolecieliśmy do Sewilli, ale czekała nas jeszcze godzinna jazda samochodem. Podróż pod znakiem kocich wrzasków i zapachu kociego moczu.

Dotarliśmy cali i zdrowi!

W nowym domu czekali już na nas Nicky y Jackie, którzy przyjechali rano z firmą przewozową, bo nie było żadnej linii lotniczej, która oferowałaby przewóz zwierząt w luku bagażowym na naszej trasie. Nie chcę myśleć o tym, jak minęła im podróż – wystarczy, że napiszę, że ich transporterki były całe umazane kupą. Ale i oni dojechali cali i zdrowi i wcale nie byli na nas za te atrakcje obrażeni! 😀

Pieróg i Shiva w nowym domu

Chcieliśmy tu pomieszkać jak najdłużej tylko po to, żeby nie musieć się znowu wyprowadzać 😛 Ale minęło 2 i pół roku i nas nosi. W wielu ogłoszeniach piszą, że lokalizacja jest świetna bo „blisko szkoła, sklepy, przystanek autobsowy” – nie ma dla nas lepszej antyreklamy 😛

Szkoła oznacza, że wyjazd z bramy o 9 i 14 graniczy z cudem, a kiedy już uda ci się wyjechać wjeżdzasz w obowiązkowy korek. Dodaj do tego codzienne trąbienie wtedy kiedy zaczyna się szkoła, kończą się lekcje oraz kiedy zaczynają się zajęcia pozaszkolne. O zaparkowaniu pod domem w tych godzinach też możesz zapomnieć. Latem nie ma nic gorszego niż stary autobus czekający z włączonym silnikiem na swój kurs, oczywiście tuż pod twoim oknem.

Szukaliśmy czegoś zupełnie przeciwnego – ciszy i spokoju, domu na uboczu. Było całkiem sporo takich, które spełniały kryteria, ale już samo umówienie się na ich oglądanie graniczyło z cudem.

Większość ogłoszeń wystawiają agencje nieruchomości. Skontaktowaliśmy się z kilkoma z nich – w życiu nie podejrzewałam, jak wiele ludzi nie ma pojęcia jak wykonywać swoją pracę. Wyobraźcie sobie taka sytuację – piszecie maila do agencji tłumacząc kim jesteście i czego szukacie, podajecie kilka numerów referencji domów, które Was interesują. Czekacie na odzew. Po paru dniach, któs dzwoni i pyta czego szukacie… Pracujecie, więc nie macie czasu powtarzać tego wszystkieo, co już jest w mailu i odpowiadacie, że odzwonicie. Dzwonicie parę dni później i agent nieruchomości w ogóle nie pamięta, kim jesteście (dostają przecież dużo maili), ale zamiast poszukać maila, mówi Wam, że znalezienie domu na wynajem jest bardzo trudne i, że owszem, ma do wynajęcia jeden, ale to dopiero od grudnia (nie pyta czy Wam sie spieszy). Chcecie podać numery referencyjne ogłoszeń, które widzieliście, ale agent nie daje Wam mówić, wszystko wydaje się być wielkim problemem. Chcielibyście zobaczyć kilka domów w jeden dzień, bo przyjeżdżacie z innego miasta – uff, nie da rady. I tak w koło Macieju. Na pytanie czy agent w ogóle chce Wam cokolwiek wynająć, bo wygląda na to, że wszystko jest problemem, ten się obraża. Kurtyna.

Większość agencji w ogóle nie oddzwaniała, albo zapominała o nas po pierwszej rozmowie. Ogłoszenia od osób prywatnych wcale nie były łatwiejsze, wymagania niektórych były niesamowite. Przytoczę kilka przykładów:

  • Kwota wynajmu musi stanić conajmniej 30% łącznego miesięcznego dochodu wynajmujących.
  • Stała umowa o pracę z minimalnym stażem trzech lat lub osoby po 40 roku życia.
  • Tylko pracownicy administracji publicznej.
  • Tylko Amerykanie.

W końcu, zachęcona przez przyjaciela, zamiast na wybrzeżu, zaczęłam szukać nieruchomości wgłąb lądu i znalazłam dwa interesujące domy. Zadzwoniłam od razu, a że nikt nie odebrał, zostawiłam wiadomość. Jakże wielkie było moje szczęście gdy następnego dnia oddzwonił pracownik agencji i, na dodatek, wiedział na czym polega jego praca! Udało nam się zobaczyć oba domy i zakochaliśmy się w tym, który na zdjęciach nie specjalnie nas sobą zainteresował. Oglądaliśmy go w szare popołudnie, za oknem lało jak z cebra a mimo to, dom wyglądał tak przytulnie! Jest w jednym z osiedli w Arcos de la Frontera, niedaleko jeziora i ma wspaniały zdziczały ogród ❤

Oczywiście teraz czeka nas biurokracja i udowadniane właścicielowi, że jesteśmy tymi, za których się podajemy i, że będziemy placić regularnie za czynsz i nie zdemolujemy przy tym domu. Ale co no, chyba damy radę 😉

Opublikował/a

Thirty-something, photog, sushi addict, cat mother, Happiness Engineer.

6 myśli w temacie “O przeprowadzkach.

  1. Trzymam kciuki! 🙂 Ja NIENAWIDZĘ się przeprowadzać, w związku z czym również przeprowadzałam się już kilkanaście razy w swoim życiu 😀 Transport kotów brzmi naprawdę przerażająco! Na szczęście nigdy nie musiałam Tego Kota wozić nigdzie, gdzie nie dałoby się dojechać samochodem- jazdę którym znosi on z dość dużą obrazą majestatu, ale znosi 😉
    A co do zachowania Twoich pośredników, to myślę, że jest to zjawisko uniwersalne w wielu zawodach i w każdej w sumie narodowości (choć skądinąd wiem, że Hiszpanie plasują się tu w czołówce 😉 ) Nazwałam to zjawisko: „LUDZIE MAJĄ ZA DUŻO PIENIĘDZY”;). W sensie, chcesz im dać zarobić, a oni nie są pewni, czy chcą, mają ważniejsze sprawy na głowie, robią ci łaskę… W mojej pracy obcuję z tym zjawiskiem non stop! 😀

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s