Ulewa, aligator i Apollo 11.

Za oknem leje od dwóch dni, nagle zrobiło się bardzo jesiennie. Mój na plan na dzisiajszy wieczór to zakopać się pod kocem z kocem i książką (aktualnie Dobry Omen) i orzechami w czekoladzie 😉 Zanim to zrobię napiszę Wam jednak o trochę wcześniejszej ulewie – tej, która złapała mnie na przylądku Canaveral.

Ponieważ w końcu miałam być poza hotelem, pomyślałam, że bluza i długie spodnie nie będą mi potrzebne – Floryda w końcu! Ale kiedy tylko na drodze pojawiły się drogowskazy na Kennedy Space Center zaczęło się prawdziwe oberwanie chmury. Czekaliśmy przez chwilę w samochodzie, zastanawiając się czy czekanie aż deszcz zelżeje ma sens, ale po kilku minutach daliśmy sobie spokój i wybiegliśmy w stronę kas. To była krótka droga, ale przemokłam zupełnie i dygotałam z zimna. Było jeszcze gorzej, kiedy weszliśmy do środka – pewnie już wiecie dlaczego… klimatyzacja!

Mokrzy, ale szczęśliwi 😀

Pierwszym przystankiem był zatem sklep z pamiątkami, w którym kupiłam suchą koszulkę oraz plastikową pelerynę przeciwdeszczową w rozmiarze dziecięcym.

Potem zostaliśmy obwiezieni po terenie centrum kosmicznego, pokazano nam wyrzutnie rakiet oraz aligatory, które relaksowały się w przydrożnych rzeczkach. Zza zaparowanych szyb autobusu nie wyglądało to jakoś specjalnie imponująco, ale kiedy byliśmy z powrotem w centrum i zdążyłam trochę przeschnąć i kupić sobie bluzę, było mi cieplej i wszystko wyglądało już dużo bardziej interesująco.

Nie chcę Wam opowiadać wszystkiego, bo jeśli kiedyś się wybierzecie (a szczerze polecam) to zepsuję Wam cały efekt. Powiem Wam tylko, że ja się bardzo szybko wzruszam, więc wcale się nie zdziwiłam jak oczy wypełniły mi się łzami emocji, kiedy przede mną ukazał się wahadłowiec Atlantis. Spojrzałam jednak na moich towarzyszy i widziałam, że im też zaszkliły się oczy 😉 Wychowałam się praktycznie na lotnisku i samoloty nie są dla mnie niczym nowym, ale nie codzień człowiek ma przed sobą orbitowiec, który odbył 33 misje kosmiczne. I muszę przyznać, że jestem przyzwyczajona do znacznie mniejszych szybowców 😛

Nie codzień też człowiek nie jada panierowanych piersi z kurczaka z frytkami pod modułem rakiety Saturn V – tej którą prawie 50 lat temu Armstrong, Aldrin i Collins polecieli na księżyc. Trochę ciężko mi było skupić się na jedzeniu w takich okolicznościach, nie będę kłamać.

Zresztą sami zobaczcie – choć to tylko niewielka część tego, co można w Centrum Kosmicznym Johna F. Kennedy’ego.

Opublikował/a

Thirty-something, photog, sushi addict, cat mother, Happiness Engineer.

4 myśli w temacie “Ulewa, aligator i Apollo 11.

  1. Nie będę ukrywać, że to była ta część Twojej wyprawy, której zazdrościłam Ci najbardziej, bo nic mnie chyba tak nie jara jak kosmos (jestem na przykład totalną psychofanką Elona Muska, obserwuję go na wszystkich możliwych kanałach i mogę o nim rozmawiać GODZINAMI! ;)) Mam nadzieję, że kiedyś też będę miała okazję tam pojechać… Miałam namiastkę 2 lata temu, jak w Warszawie była wystawa NASA „Gateway to space”, ale to jednak nie to samo! 😉 Choć wystawa była zajebista, a ja się oczywiście z radości omało nie POSIKAŁAM! 😀
    Wspaniała relacja! ❤

    Polubione przez 1 osoba

    1. Oj to faktycznie by Ci się podobało. Musisz sprawdzić kiedy będą coś wystrzelić bo tam można pojechać obserwować start 😀 Pewnie kosztuje to krocie, ale raz w życiu…
      Dla mnie kosmos to trochę jak otwarte morze – fascynuje i przeraża zarazem.

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s