Ciąża

Długo zbierałam się żeby ten post napisać, nie dlatego, że ciężko mi o tym opowiadać, ale dlatego, że nie wiedziałam czy to w ogóle ma jakiś sens. Uznałam jednak, że jakiś ma, że może ktoś tak jak ja będzie szukać info w necie, natknie się na ten post i poczuje, że nie jest z tym sam, że to się po prostu zdarza i to częściej niż nam się wydaje. Dodatkowo, kiedy już zaczęłam pisać, zapadła decyzja Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Być może w świetle zmian w polskim prawie, ten post też ma jakieś znaczenie, być może da komuś do myślenia. Być może…

W liceum byłam wielką fanką Rozmów w toku. Często nie wierzyłam, że te rozmowy są szczere, uznałam że pewnie ludzie trzymają się tylko ustalonego wcześniej scenariusza, ale mimo wszystko lubiłam ten emocjonalny ekshibicjonizm. Wyobraziłam sobie, że to ja mogłabym siedzieć w studiu, w taniej peruce, okularach z rogowymi oprawkami, z absurdalnym makijażem i w niedopasowanych ciuchach, jakby to miało sprawić, że ludzie mnie nie poznają. Kiedy na ekranie telewizora pojawiłaby się moja twarz, pod spodem wyświetliłby się podpis:

Wiktoria, 34l.
Zaszła w ciążę stosując antykoncepcję.

– Wiktorio – powiedziałaby Ewa Drzyzga, zwracając się do mnie zmienionym imieniem, no bo kto podałby tam to prawdziwe – nie planowaliście dzieci, zabezpieczaliście się a jednak zaszłaś w ciążę. Co się stało? – dodałaby głosem pełnym troski.

Wspominałam tu już kilka razy o tym, że dzieci nie planowaliśmy. Nie chcieliśmy mówić „nigdy”, no bo po co, ale skłanialiśmy się jednak ku pozostaniu „bezdzietnym małżeńswtem”. I tak dwa lata temu, położne ze szpitala w Jerez wymieniając moją wkładkę domaciczną (brzydkie słowo) zachwycały się jak wąziutką mam szyjkę macicy i komentowały, że teraz coraz więcej kobiet odkłada dzieci na później, bo chcą podróżować po świecie itp. Miałam wrażenie, że nic nie rozumieją, ale też nic im na to nie odpowiedziałam bo jednak bywam małomówna kiedy leżę bez majtek, z rozłożonymi nogami przed dwiema kobietami, które widzę pierwszy raz w życiu. Wkładka została wymieniona a my dostaliśmy kolejne 5 lat bez konieczności podejmowania życiowych decyzji. I całkiem nam z tym było dobrze. Aż do sierpnia tego roku.

Zaplanowany wypad na plener fotograficzny do Polski musiałam odwołać ze względu na zaostrzające się restrykcje w związku z pandemią. Pomyślałam jednak, że skoro już wzięłam urlop, moglibyśmy w końcu pojechać na parę dni do Asturii. Kupiliśmy nawet specjalnie na tę okazję namiot i byłam strasznie podekscytowana całym przedsięwzięciem. Tylko zaczęłam się czuć trochę gorzej. Codziennie było mi niedobrze i właściwie ciągle jadłam, bo kiedy jadłam czułam się lepiej. Ale jedzenie nie zachęcało jak kiedyś i rzeczy, które wcześniej zjadałam ze smakiem teraz wywoływały obrzydzenie. Z lodówki zniknęły tylko wszystkie pomidory, ogórek i jajka. Jajka pod każdą postacią były wybawieniem. Pogoda była nadal upalna, więc dodatkowo ciągle chciało mi się spać. Któregoś dnia, zwolniłam się nawet wcześniej z pracy, żeby uciąć sobie drzemkę bo dosłownie zasypiałam przed komputerem. Starzeję się, pomyślałam.

– Ej, a co jak ja jestem w ciąży?

Ha, ha, dobre sobie, to by było dopiero. Okres najpewniej spóźnia mi się przez stres. W końcu pół sierpnia przepłakałam żegnając się na zawsze z Shivą, a jako wielka fanka Wojen plemników, wiem, że ciało nie pozwoli sobie na ciążę, jeśli to nie jest odpowiedni moment. O ja naiwna.
Z pomocą przyszedł Amazon Prime, test ciążowy miał dotrzeć w poniedziałek. W piątek zaczęłam już urlop więc postanowiłam się nie zamartwiać. Zmartwienie jednak było, a mianowicie, w domu nie było sera i nie można było nic kupić w niedzielę. W poniedziałek czekaliśmy na kuriera a ja planowałam, że jak tylko przyjdzie, zrobię test i kiedy będziemy już bardziej spokojni, pójdziemy do sklepu kupić ser i zjem na kolację wielką bułkę z serem.

Obsługa testu była banalnie prosta chociaż z nerwów oczywiście obsikałam test, jak również własną rękę. Chciałam test odłożyć i jakoś się ogarnąć, ale od razu zobaczyłam kreskę, której być nie powinno. Odwróciłam się na chwilę z idiotyczną nadzieją, że jak zerknę znowu za parę minut to jej nie będzie. Ale była i to dużo ciemniejsza. No, taka kreska przy której nie ma wątpliwości. Zaraz, zaraz, jaką skuteczność mają testy?!
Weszłam do pokoju gdzie czekał G., nic nie dałam rady z siebie wydusić, ale on po mojej minie już wiedział, widziałam jak z twarzy odpłynęła mu cała krew.

– No nie pierdol… – tyle tylko zdołał powiedzieć a ja parsknęłam śmiechem bo w mojej głowie powtarzałam tylko histerycznie ja pierdolę.

Potem się popłakałam.

Po ser nie poszliśmy. Do końca wieczoru nie mogliśmy myśleć o niczym innym i próbowaliśmy oswoić się z sytuacją i z tym, że jednak trzeba będzie podjać trudną życiową decyzję dużo wcześniej niż byśmy tego chcieli.

W Hiszpanii aborcja jest legalna i do 14 tygodnia nikt nie ma prawa pytać cię o powody twojej decyzji, muszą tylko dać ci wszytkie informacje i obowiązkowy czas do namysłu. Przez wiele lat wydawało mi się, że jeśli znalazłabym się w takiej sytuacji, skorzystałabym z tego prawa, ale tu cofnijmy się jeszcze raz do czasów liceum. Nie pamiętam jakie miałam wtedy poglądy na temat aborcji, ale pamiętam, że wydawało mi się, że zjadłam wszystkie rozumy świata. Oglądając znowu jakiś program w TV zaczęłam się więc wymądrzać, że co to teraz za pieprzenie, i płacz, że aborcja nielegalna – trzeba się było zabezpieczać. O seksie gówno wtedy wiedziałam, o antykoncepcji tylko trochę więcej. Wymądrzałam się więc w najlepsze aż mojej mamie puściły nerwy. I moja kochana mama sprowadziła mnie natychmiast na ziemię mówiąc stanowczo, żebym się nie wypowiadała o sprawach o których nie mam pojęcia. Strasznie mi się zrobiło głupio i naprawdę dużo o tym później myślałam. Ta jedna krótka rozmowa uświadomiła mi, że nic nie jest czarne albo białe i że nie możemy osądzać nikogo nie znając jego sytuacji.

Wiem, że większość ludzi potępia tak zwaną aborcję na życzenie – ja uważam, że każdy powinien mieć wybór. I chociaż są ludzie, którzy próbują przekonać innych, że jeśli się na to zezwoli, rozwiązłe kobiety, goniąc za duchem zepsutego zachodu, będą brały tabletki wczesnoporonne jak cukierki, dla zdecydowanej większości, podjęcie takiej decyzji będzie szalenie trudne i nie życzę nikomu, żeby kiedykolwiek musiał znaleźć się w sytuacji, w której będzie musiał wybierać.
Dla mnie wtedy, obie opcje – terminacja ciąży jak i jej kontynuowanie – były nie do przyjęcia, ja w tej ciąży po prostu nie chciałam być. Więc, choć to absurdalne, znowu przypomniałam sobie tę sytuację sprzed lat i czułam się strasznie winna, zawsze byłam taka rozważna, jak mogłam dopuścić do takiej sytuacji? Tu przypomnę tylko, że prawidłowo założona wkładka domaciczna jest jedną z najskuteczniejszych metod antykoncepcyjnych…

Kiedy wrócił mi zdrowy rozsądek i pogodziłam się z myślą, że jednak nie zjem bułki z serem, G. zdołał przekonać mnie, że bezsensu jest się martwić, musimy przecież pójść do lekarza, który potwierdzi wynik testu no i powie coś więcej. Po rozmowie z przyjaciółmi poprawiły nam się humory, zaczęliśmy nawet żartować z sytuacji i trochę się wygłupialiśmy. No i kiedy znowu było już fajnie, i kładliśmy się spać zaczął mnie cholernie boleć brzuch. To nie był ból podbrzusza jaki (chyba) wszystkie kobiety znają. To był przeokropny ból całego brzucha, który nie pozwalał na wzięcie głębszego oddechu.
Leżenie nie pomagało, a kiedy wstałam zrobiło mi się słabo, usiadłam więc i bałam się, że zemdleję. G. zadzwonił na pogotowie gdzie kazano mu zawieźć mnie od razu na ostry dyżur. Nie wiedziałam jak zejdę po schodach bo nie mogłam się nawet wyprostować, ale jakoś, z pomocą, udało się. Już na dole, kiedy G. pobiegł po dokumenty i klucze, zrobiło mi się tak strasznie niedobrze, że ostatkiem sił dobiegłam do toalety i myślałam, że dosłownie wyrzucę z siebie wszystkie moje wnętrzności, co na szczęście nie miało miejsca.

Wpakowałam się do samochodu gdzie już czekała na mnie poduszka i, ściskając w ręku plastikowy worek, gdybym jednak pluła wnętrznościami, umierałam na każdej dziurze i każdym zakręcie. Już pod szpitalem wiedziałam, że nie dam rady dojść do wejścia. G. o tym jeszcze nie wiedział więc nadal próbował pomagać mi iść. Po pokonaniu kilku schodków wiedziałam już że zemdleję, zdążyłam jeszcze poinformować o tym męża po czym ciemna winieta pojawiła się dookoła wszystkiego co widziałam, zaczęła robić się coraz szersza aż w końcu przysłoniła wszystko a ja, bezwładna, zawisłam G. na rękach.

Pamiętam, że coś mi się śniło, ale zaraz, jak z innego świata usłyszałam głos G., który pytał czy jestem przytomna. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie. Potem poczułam coś twardego na kolanach i zdałam sobie sprawę, że klęczę na chodniku wciąż podtrzymywana przez G. – złożyłam się jak szmaciana lalka. Ktoś pobiegł do szpitala, ktoś przyjechał po mnie wózkiem, ktoś przeniósł mnie bladą jak ściana na łóżko i zawieziono mnie na USG. Pobrano mi krew, podłączono aparaturę po czym usłyszałam, że mam w otrzewnej płyn, który jak się potem okazało, był krwią. Po dwóch kolejnych USG nadal nie wiedziałam, co tak właściwie się stało chociaż wszyscy obawialiśmy się tego samego – pękniętej ciąży pozamacicznej.

Zwiedziliśmy pół szpitala, jechaliśmy nawet dwa razy windą dla pacjentów z Covidem bo pan, który pchał moje łóżko nie miał klucza do innej… Nie wiem ile to wszystko trwało bo trzesąc się z nerwów i zimna, żyłam tylko nadzieją, że zaraz podadzą mi jakiś środek przeciwbólowy bo miałam pozostać w szpitalu na obserwacji. Trochę się więc zdziwiłam kiedy nagle zaparkowano mnie pod salą operacyjną, odprawiono G. a mnie kazano podpisać zgodę. Potem z sali operacyjnej wyszedł lekarz, wściekły, że mnie parkują pod salą w takiej sytuacji i że przecież trzeba operować już. Tam już mnie rozebrano, kazano wyjąć wszystkie kolczyki, podłączono rurki a na twarz wciśnięto maskę. Przez chwilę myślałam, że się uduszę ale bardzo szybko przestałam już o czymkolwiek myśleć.

Kiedy się obudziłam usłyszałam tylko jak ten sam wkurzony lekarz mówi mi, że mam się obudzić, że już po wszystkim. Potem znowu korytarz, winda i jakaś duża sala z mnóstwem pielęgniarek. Kiedy w końcu zdołałam otworzyć oczy, zobaczyłam, że nade mną wisi worek z krwią, która przez cieniutką rurkę płynie wprost do mojego przedramienia. Lekarka, która mnie operowała powiedziała, że nie mogli zrobić początkowo planowanej laparoskopii bo straciłam dużo krwi, więc musieli mnie otworzyć (na papierach z wypisu przeczytalam, że na stole operacyjnym miałam ciśnienie 60/40…). Dużo później okazało się, że miałam wielkie szczęście bo usunięto zaledwie kawałek jajnika, więc wszystko powinno działać jak trzeba.
Wtedy, na sali pooperacyjnej wiedziałam niewiele, byłam bardzo śpiąca i ciągle tylko myślałam o tym, żeby móc się w końcu zobaczyć z G. Na to niestety trzeba było czekać dopóki nie będzie moich wyników próby na Covid-19. Na wynik czekaliśmy do 14. Dopiero wtedy przewieziono mnie na salę i dopiero wtedy mogłam w końcu zobaczyć się z mężem.

Nie pozwolono mi się ruszać (i tak nie miałam siły) ani nic jeść aż do wieczora, kiedy przynieśli mi rosół, który smakował jak woda. Dostałam za to środki przeciwbólowe i inne substancje o które nawet nie pytałam, znów prosto do przedramienia, cieniutkimi rurkami…

Następnego dnia oznajmiono mi, że ktoś przyjdzie później pomóc mi się umyć i wstać z łóżka. Najpierw przyszła pani, która wyjęła mi cewnik. Potem przyszły dwie inne, które mnie rozebrały i wielką gąbką wyszorowały wszędzie (!), przerzuciły na bok żeby wyszorować też z tyłu po czym pomogły mi ubrać koszulkę i majtki. Znowu czułam się jak mała szmaciana laleczka, z tą jednak różnicą, że tym razem na podbrzuszu miałam całkiem sporą ranę zamkniętą dwunastoma metalowymi zszywkami.

Trzeciego dnia wypisano mnie do domu z krótką instrukcją obsługi mojego ciała po reparacji. Instrukcja nie przewidywała wizyty kontrolnej a krótkie spacery miały najwyraźniej pomóc mi odzyskać radość z życia i uporać się z całym emocjonalnym bagażem, który nazbierał się odkąd zrobiłam test ciążowy.

I znowu okazało się, że jestem szczęściarą bo przecież nie chcieliśmy mieć dziecka. A mogło być przecież tym pierwszym, wyczekanym. Wtedy z pewnością brak wsparcia emojonalnego ze strony personelu medycznego odczułabym dużo bardziej. Jestem szczęściarą bo z pomocą męża dość szybko sobie z tą całą sytuacją poradziliśmy. Miałam szczęście bo znam angielski i znalazłam stronę brytyjskiego stowarzyszenia, a wraz z nią odpowiedzi na wszystkie moje pytania – co jest normalne po takiej operacji a co nie, czego się spodziewać przez najbliższych parę tygodni i kiedy ciało zrozumie, że już nie jest w ciąży. Po dwóch tygodniach wróciłam do pracy. Tyle zajęło mi, żeby dojść ze wszystkim do ładu i tyle trwało zanim mogłam wygodnie siedzieć na krześle bez bólu czy ucisku w podbrzuszu.

Ta sytuacja nauczyła mnie wiele. Między innymi, zrozumiałam, że wcale nie mamy nad naszym życiem tyle kontroli, ile nam się wydaje. Zrozumiałam też, że umrzeć jest znacznie łatwiej niż może to się wydawać. Wystarczyłoby, że nie zrobiłabym testu i o potworny ból brzucha podejrzewała zjedzone na kolację guacamole. Poczekalibyśmy parę godzin zanim pojechalibyśmy do szpitala, gdzie okazałoby się, że straciłam zbyt dużo krwi. I koniec, tak po prostu.
Zrozumiałam też, że nie da się przewidzieć jak zachowamy się w ekstremalnej dla nas sytuacji. Może nam się wydawać, że zrobilibyśmy to czy tamto, ale rozważanie hipotetycznych sytuacji w głowie może nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością.
I, choć niewiele tu wspominam o naszej relacji, po raz kolejny uzmysłowiłam sobie jak wielkie miałam szczęście, że spotkałam na swojej drodze G.
Mimo wszystko, utwierdziłam się więc w przekonaniu, że jestem szczęściarą.

Jeśli czytasz ten post bo również przydarzyła ci się ciąża pozamaciczna i chcesz pogadać, napisz do mnie.

10 myśli na temat “Ciąża

  1. Moja przyjaciółka przeszła przez to samo… więc potrafię sobie wyobrazić ten miks sprzecznych emocji i reakcji, których teraz doświadczasz…Zwłaszcza to zagrożenie życia jest czymś… co trochę już cię zmienia na zawsze.
    Trzymaj się❤️❤️❤️
    A miłość Twoja i G. to faktycznie coś, w co nigdy nie chciałam przestać wierzyć, że istnieje…🙂
    Ściskam Cię mocno, Ten Kot (z łachą) również!🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. O widzisz, prawie każdy komu o tym wspomniałam mówił, że zna kogoś kto przez to przeszedł. A wydaje się, że to coś tak rzadkiego…
      I tak, kiedy słyszysz słowa „stan zagrożenia życia” w stosunku do sobie to nigdy już na życie na spojrzysz tak samo. Myślę, że wyszłam z tego silniejsza 💪
      ♥️♥️♥️

      Polubione przez 1 osoba

      1. Bo o tym prawie w ogóle się nie mówi, tak samo jak o poronieniach…i ludzie czują się kompletnie sami, jak już im się to przydarzy. A przydarza się wielu osobom. Myślę, że Twój tekst wielu osobom może pomóc❤️

        Polubione przez 1 osoba

  2. Podziwiam za otwartosc w uzewnetrznianiu emocji i podzielenia sie z ta trauma ze wszystkimi,nie oceniac,ale nie umialabym o tym napisac,moze to kwestia innego wychowania?albo spojrzenia na swiat,w kazdym razie pocieszajace w tym wszystkim to,ze nie chcialas dziecka,wiec zycie samo rozwiazalo problem,tak hiszpanska opieka zdrowotna jest na wysokim poziomie

    Polubione przez 1 osoba

  3. Cieszę się że piszesz ze szczegółami i bez upiększania. Ciężko o prawdziwa relacje bo kobiety nadal się boją osadu. Bo poronienie czy martwe urodzenie zawsze wynika – w opinii wielu zwłaszcza starszych – z winy i zaniedbań kobiety. Sama jestem w bezdzietnym z wyboru małżeństwie i przyznam, że choć mieszkam w Holandii i warunki do terminacji są, to bardziej skłaniam się ku oddaniu dziecka do adopcji. Problemem jednak zostaje presją rodziny i środowiska. Polacy tutaj by mi nie wybaczyli. Przed rodzina w Polsce też by trzeba udawać brak ciąży. Więc chyba łatwiej usunąć I udawać że nigdy w ciąży się nie było. Martwi mnie jednak kwestia antykoncepcji. Podobnie jak Ty stosuje długotrwałe rozwiązanie i do tej pory się nie martwiłam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. No właśnie ja sama przez chwilę czułam się z tego powodu winna, więc wyobrażam sobie, że mało kto ma ochotę o tym opowiadać. Zwłaszcza, że to często bolesne wspomnienia.
      Adopcja to faktycznie opcja, chociaż ja nigdy jej nie rozważałam, mnie by to psychicznie wykończyło – wiedzieć, że gdzieś jest moje dziecko, które mnie nie zna.
      Nadal nie mam pojęcia co bym zrobiła, podejrzewam, że gdyby nam powiedziano, że wszyscy jest w porządku i ciąża jest zdrowa (a to też mnie przerażało bo brałam w tym czasie jakieś leki, a poza tym mam Hashimoto więc zawsze endokrynolodzy mi powtarzali, że ciążę będę musiała planować zawczasu żeby ustawić odpowiednio tarczycę) to pewnie teraz przygotowywalibyśmy się do bycia rodzicami. Nie wiem. 🤷
      Dużo później rozmawialiśmy i zupełnie inaczej teraz na to patrzymy.

      Polubienie

      1. Mam nadzieję, że wszystkie Twoje problemy zdrowotne znikną i życie stanie się bardziej po Twojej myśli, jakąkolwiek decyzję na przyszłość będziesz chciała podjąć. Cieszę się, że jesteś w dobrze dobranym związku. Coraz mniej ostatnio takich widzę.

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s